Mój przyjaciel Papież
Prawdziwa historia
s. Emilia Lucht OSC

W Kinszasie, dużym afrykańskim mieście, znajduje się szpital dla trędowatych. Chorymi opiekują się siostry zakonne, a z miasta mało kto przychodzi odwiedzić chorych, ponieważ ludzie boją się zarazić tą straszną chorobą. Nikt więc nawet nie usiłuje porozmawiać z trędowatymi. W tym właśnie szpitalu przebywał dziewięcioletni chłopiec. Bardzo cierpiał, a twarz miał tak zeszpeconą przez chorobę, że ludzie nie chcieli na niego patrzeć. Pochodził z chrześcijańskiej rodziny, dlatego na chrzcie otrzymał imię św. Karola Lwangi, pierwszego afrykańskiego męczennika, który swoje życie oddał za wiarę. Siostry zwracały się do chłopca "Karolku", ale rodzina mówiła "Lwanga", bo to afrykańskie bardziej im się podobało. Czasem mama z młodszą córeczką odwiedzały chłopca. Kiedy jednak chciał je uściskać na przywitanie, mama nie pozwalała, obawiając się zarażenia trądem. I wtedy bardzo, bardzo płakała, a Karolkowi było smutno. Odwracał się do ściany i nie chciał z nikim rozmawiać. Gniewał się na wszystkich, nawet na dobre siostry. Najgorsze jest to, że gniewał się również na Pana Boga. Nie chciał odmawiać pacierza. Nie można się dziwić, że Karolek był taki niegrzeczny, bo przecież bardzo cierpiał. Nie mógł nigdzie wyjść, nie miał z kim się bawić, bo sam był wśród starszych. Pewnego razu szpital obiegła wiadomość, że Afrykę odwiedzi Jan Paweł II. Będzie również w Kinszasie, gdzie odprawi Mszę św. na wielkim placu, żeby wszyscy mogli z nim się modlić, wysłuchać jego przemówienia i otrzymać błogosławieństwo. Ludzie bardzo się cieszyli i przygotowywali na przyjęcie papieża. Tylko biedni trędowaci posmutnieli jeszcze bardziej, bo przecież nie zobaczą Ojca Świętego. W dzień przyjazdu papieża Karolek od samego rana był bardziej nieznośny niż zwykle. Odwrócił się do ściany i głośno płakał, że też chce zobaczyć papieża. Nagle na salę weszła siostra.
- Słuchajcie, Ojciec Święty odwiedzi i pobłogosławi również nas - powiedziała. Na sali zrobiło się bardzo cicho, nawet Karolek przestał płakać.
- Naprawdę, siostro? - zaczęły padać pytania.
- A nie boi się zarazić?
- Czy na pewno przyjdzie?
Siostra zapewniła chorych, że na pewno przyjdzie, a wtedy wszyscy zabrali się za wielkie przygotowania. Siostry zmywały podłogę, chorzy poprawiali łóżka. Ledwie skończyli, gdy w drzwiach stanął sam papież. Wysoki, w białej sutannie, uśmiechnięty - wyglądał jak anioł.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Witajcie, moje dzieci! - powiedział.
- Na wieki wieków. Amen. - zgodnie odpowiedzieli chorzy.
Na powitanie chcieli bić brawa, ale nie mogli, bo ręce mieli spuchnięte, obolałe i zabandażowane. Nie wiedzieli więc, jak go powitać, ale on nie czekał na powitania, tylko przechodził od łóżka do łóżka, kładł ręce na obandażowanych dłoniach, do każdego serdecznie przemawiał i błogosławił. Karolek czekał niecierpliwie, a serce biło mu z niepokoju, czy Ojciec Święty podejdzie do niego, czy może go ominie, bo przecież rano był niegrzeczny. Kiedy papież zobaczył małego, chudego chłopca z opuchnięta główką, pochylił się nad nim z wielką czułością i ucałował jego obandażowaną głowę.
- Jak ci na imię, synku? - zapytał.
Malec ze wzruszenia i szczęścia nie mógł wypowiedzieć słowa, tylko dwie wielkie łzy stanęły mu w oczach.
- To jest Karolek - odpowiedziała za niego siostra.
-Karolek - powtórzył Ojciec Święty - to tak jak ja. Bo ja na chrzcie także otrzymałem imię Karol. No to będziemy przyjaciółmi, Karolku. Chcesz? Ja będę pamiętał o tobie, a ty o mnie. I będziesz się za mnie modlił, dobrze? Bo Pan Bóg bardzo kocha chore dzieci i zawsze je wysłuchuje.
Karolek zerwał się z łóżka, żeby pocałować rękę Ojca Świętego, ale nagle przypomniał sobie, że mamusia nie pozwoliła mu uściskać siostrzyczki, aby jej nie zarazić, więc wycofał się onieśmielony. Papież jednak przytulił go do siebie, pogłaskał po główce i na czole nakreślił znak krzyża.
- Zostań z Bogiem, Karolku! Nie zadręczaj się swoją chorobą, bo Pan Jezus więcej cię za to kocha i zawsze będzie ci pomagał. No, uśmiechnij się, moje dziecko!
Karolek uśmiechnął się przez łzy. Ojciec Święty jeszcze raz pogładził go po głowie i poszedł do innych chorych, a chłopiec nie spuszczał z niego oczu i był szczęśliwy jak nigdy w życiu. Już nie czuł żalu, że jest trędowaty, bo wiedział, że właśnie przez to Pan Bóg kocha go jeszcze więcej i Ojciec Święty też. Wieczorem, gdy siostra robiła mu opatrunek, radosny i uśmiechnięty powiedział:
- Siostro, nie chcę, żeby ktoś nazywał mnie Lwanga, tylko Karol, bo tak nazywa się papież. I już zawsze będę odmawiał pacierz, bo chcę się za niego modlić.
- Dobrze, Karolku, przez to bardzo mu pomożesz. On ma tyle zmartwień i musi troszczyć się o wszystkich ludzi na świecie.
- Ach, siostro, to ja naprawdę mogę mu pomóc? - z zachwytu aż złożył ręce. - To ja będę modlił się bardzo często i już nigdy nie będę narzekał, że jestem chory. I postaram się być grzecznym.
Karolek dotrzymał słowa. Był posłuszny, wesoły i lubił się modlić. Siostra podarowała mu kolorowe zdjęcie papieża, a on pokazywał je wszystkim i mówił:
- Ojciec Święty jest moim przyjacielem. Sam mi o tym powiedział!

Źródło: Świat misyjny 3/2011
 
© 2008 - 2015 Parafia Niepokalanego Serca NMP w Domecku
powered by CodeStudio